Prtner serwisu - kobieta.wp.pl

W cieniu Czarnej Góry. Podróż przez Amerykę, której nie znamy z filmów

Udostępnij Tweetnij Wykop
Z dala od dużych miast, w miejscach, do których turyści trafiają rzadko – to tam można zobaczyć prawdziwą Amerykę. Bez pudru i blichtru, za to żyjącą tradycją i walczącą o swoje.

Podróż samochodem przez Stany Zjednoczone to synonim wolności. Tysiące mil szerokiej drogi, tanie paliwo, niezapomniane widoki. Od słonecznych plaż Kalifornii, przez czerwone piaski Arizony i Utah, po skaliste góry Kolorado czy gęste lasy Maine – każdy znajdzie coś dla siebie. Mając za sobą już kilka takich wypraw, tym razem za cel obrałem region mało turystyczny, a mimo to obfitujący w bogatą historię i kulturę: Głębokie Południe.


Ameryka klasy B
W Polsce też znajdziemy zapomniane regiony, których problemy nie mają nic wspólnego z tymi w dużych miastach – ale nasz kraj jest mały. Tak naprawdę nigdy nie jesteśmy daleko od najbliższego dużego miasta czy lotniska. W południowych stanach USA nierzadko jest to więcej niż 500 km. W całym stanie Alabama, który jest wielkości połowy Polski, największym miastem jest Birmingham o liczbie mieszkańców zbliżonej do Torunia. Porównywalne wielkością z Alabamą stany Mississippi i Arkansas są jeszcze słabiej zaludnione i mają ledwo po 3 miliony mieszkańców.
Im dalej od wybrzeża, zarówno wschodniego, jak i zachodniego, tym takich miejsc więcej. Słabiej rozwinięte środkowe stany bywają nazywane “flyover states”, czyli miejscami, nad którymi większość Amerykanów jedynie przelatuje samolotem, nigdy nie stawiając stopy na ziemi. Na głębokim południu poczucie zamknięcia we własnym świecie miesza się z bogatą historią sięgającą początków kolonii, a poczucie dumy narodowej z romantycznym zachłyśnięciem się konfederacyjnym zrywem podczas wojny secesyjnej. To prawdziwa Ameryka – kocioł sprzeczności, burzliwej historii i przelanej krwi.

Podczas podróży wszystkie zdjęcia wykonywałem aparatem bezlusterkowym Olympus OM-D E-M1 MKII. Używałem obiektywów serii M.ZUIKO Pro: 12-40mm 1:2.8, 40-150mm 1:2.8 oraz 300mm 1:4.
Korpus E-M1 w podróży sprawdza się znakomicie. W przeciwieństwie do większości dostępnych lustrzanek jest mały i lekki. Podczas deszczu łatwo go schować pod kurtką, a w trakcie długich pieszych wypraw nie stanowi żadnego obciążenia. Co dla mnie ważne, ręczne ustawianie parametrów ekspozycji jest intuicyjne i łatwe do wykonania w locie. Czasami warto też zaufać inteligentnemu trybowi automatycznemu, bo rezultat może pozytywnie zaskoczyć.
O jakości matrycy najlepiej opowiedzą same zdjęcia, ale warto zaznaczyć, że niskie szumy i wysoka rozdzielczość pozwalają na swobodne docinanie fotografii bez strat w jakości.
Obiektywy serii Pro znakomicie rysują. Nic nie ucieka na krawędziach kadru (winietowanie zostało dodane przeze mnie podczas wywołania plików RAW), a rozmycie tła na teleobiektywie jest bardzo plastyczne. Oczywiście największą zaletą jest stałe światło – o walorach stałego 2.8 przy takiej ogniskowej nie trzeba chyba nikogo przekonywać.

Brama na południe
Chcąc znaleźć się na południu, najlepiej zostawić w lusterku Waszyngton i zacząć od Zachodniej Wirginii. Na wysuniętym czubku stanu, w malowniczym zbiegu rzek Potomac i Shenandoah, znajduje się bowiem Harper’s Ferry. To małe, senne miasteczko odegrało ważną rolę w trakcie wojny secesyjnej. W pewnym sensie to właśnie tam znajdziemy korzenie zbrojnego konfliktu, który podzielił młody naród. W 1859 roku John Brown, razem z małą grupą abolicjonistów, podjął nieudaną próbę zdobycia miejscowego arsenału – składowaną w nim broń planował rozdać niewolnikom. Na południu potraktowano to jako próbę podburzenia czarnoskórych mieszkańców do zabicia białych właścicieli ziemskich. Zaostrzyło to opór przeciwko wszelkim propozycjom emancypacji i stanowiło istotny element przedwojennej propagandy.


W kraju tak dużym jak Stany Zjednoczone wewnętrzne różnice są nieuniknione. Nic jednak nie podzieliło kraju tak mocno, związując jednocześnie ze sobą mieszkańców południa, jak wojna secesyjna i zbrojny opór przeciwko rządowi centralnemu w Waszyngtonie. Widać to chociażby na poziomie lokalnych społeczności. W północnych stanach więzi między mieszkańcami tworzą się stosunkowo łatwo. Tożsamość zazwyczaj definiowana jest przez wierność amerykańskiej fladze i płacenie podatków, a nie to, skąd się pochodzi. Południe jest pod tym względem bardziej europejskie. Tam znaczenie ma przywiązanie do ziemi, a także to, kim byli nasi przodkowie i w jakiej armii walczyli. Rany z XIX wieku nadal się nie zagoiły.

Okolice strategicznie położonego Harper’s Ferry to sielankowa mozaika rzek i zalesionych wzgórz, które na południowym wschodzie przeradzają się w słynne Pasmo Błękitne (Blue Ridge Mountains), najwyższy i najbardziej urokliwy łańcuch górski Appalachów. Gęsto zalesiony, w czasach kolonialnych uważany był za najwyższy na kontynencie (jakże zaskoczeni musieli być pionierzy, gdy w końcu natrafili na Góry Skaliste na terenach dzisiejszego Kolorado). Pasmo Błękitne można dziś z łatwością zwiedzić – prowadzi przez nie jedna z bardziej imponujących tras widokowych w tej części kraju.

Druga Ameryka
Odbijając od Pasma Błękitnego na wschód, trafiamy do Charlottesville. Niewielkie miasteczko uniwersyteckie korzeniami sięga czasów Thomasa Jeffersona, trzeciego prezydenta USA (jego posiadłość, Monticello, znajduje się tuż za miastem). Romantyczny mit Konfederacji podtrzymywany jest tu przez hołubione pomniki słynnych oficerów: Thomasa “Stonewalla” Jacksona i Roberta E. Lee. Kto jednak na południu jest bohaterem, dla reszty kraju może być zbrodniarzem. To właśnie próba usunięcia tego drugiego monumentu w sierpniu 2017 roku doprowadziła do protestów konserwatywnych mieszkańców i tzw. alt-right.


Sprawy przyjęły tragiczny obrót. Mieszkaniec Ohio z premedytacją wjechał rozpędzonym samochodem w tłum kontrmanifestacji u zbiegu ulic Czwartej i Water, zaledwie parę metrów od urokliwego deptaku w centrum miasta. Dziś to miejsce pamięci i symbol głębokiej przepaści dzielącej USA. Sympatie polityczne są jasno rozdzielone: demokraci, liberałowie i lewica po jednej stronie; republikanie, alt-right oraz konserwatyści po drugiej. Przeciwnicy Donalda Trumpa i jego zwolennicy.

Scott McNabb, pasjonat fotografii i mieszkaniec Charlottesville, którego spotkałem na miejscu, stara się nie być pesymistą:
- Jesteśmy otwartym miastem i nie chcemy, by myślano o nas przez pryzmat wydarzeń z sierpnia. Osoba, która to zrobiła, nawet nie jest stąd. Nie da się jednak ukryć, że mocno się to na nas odbiło. Czuć napięcie w powietrzu. Wszystkie konfederacyjne pomniki są teraz otoczone pomarańczowym ogrodzeniem i obawiam się, co będzie się działo podczas rocznicy sierpniowych wydarzeń.

Na pytania o Konfederację nie odpowiada jednak wprost. Prezentuje postawę dosyć powszechną na południu, gdzie historia traktowana jest powierzchownie i wybiórczo. Z jednej strony zauważa potrzebę celebrowania jej jako elementu tradycji. Z drugiej, unika refleksji nad znaczeniem podtrzymywania mitu przegranej wojny secesyjnej, gdy pozostaje się częścią Stanów Zjednoczonych.


To niewyrażone rozdarcie ujawnia się nie tylko w dyskusji na temat historii. Widać je też w podejściu do posiadania broni palnej (rzekomo niezbędnej do obrony przed tyranicznym rządem z Waszyngtonu) czy w stosunku liczby flag Konfederacji do flag USA. Wywieszane są nie tylko na prywatnych posesjach, lecz także na budynkach rządowych, niemal wszystkie południowe stany wykorzystują na sztandarach konfederacyjne symbole. Podróżując przez południowe stany, nie sposób pozbyć się wrażenia, że jest się na okupowanym terytorium. Na każdym kroku widać, że mieszkańcy celebrują moment odłączenia się od Stanów Zjednoczonych, wspominają czasy, gdy chwycili za broń i przez kilka lat mieli własny kraj ze stolicą w Richmond.

Mały świat w wielkim kraju
Na południu są też miejsca, w których historia rzuca cień na żyjących i nie pozwala im z niego uciec. Jadąc w dół, wzdłuż pasma Appalachów, w końcu trafimy do ciemnych dolin wschodniego Kentucky i niegdyś największych w całych Stanach kopalni wydobywających węgiel. Tam, w hrabstwie Harlan, w cieniu Czarnej Góry, można zobaczyć Amerykę, jakiej nie doświadczymy nigdzie indziej. Wykorzystaną, upadłą, zdesperowaną, zamkniętą na świat i pozbawioną przyszłości.

Ten region nigdy nie był szczególnie bogaty, a na pewno nie jego mieszkańcy. Kopalnie zarabiały krocie, pracownicy – niewiele, niekiedy wręcz nic. Pensje bywały wypłacane w żetonach możliwych do zrealizowania wyłącznie w kopalnianych sklepach. W latach 30. doszło nawet do tzw. wojny w hrabstwie Harlan pomiędzy górnikami domagającymi się godziwej płacy i godnej pracy a właścicielami kopalni i policją.

Choć w Harlan nadal co rusz mija się hałdy węgla, to łatwo dostępne złoża zostały już prawie wyczerpane. Szyby są sukcesywnie zamykane. Jeśli tylko jest taka możliwość, podejmowane są próby przekopania się na drugą stronę gór – do Wirginii, by tam odbierać rudę. Wszystko dlatego, że księgując wydobycie poza Kentucky, kopalnia zapłaci znacznie mniejszy podatek. Tym samym do mieszkańców Harlan nie wróci z tego nic. Wystarczy się rozejrzeć, by zobaczyć to w niszczejącym kamieniu i butwiejącym drewnie. Duże, solidne, niegdyś imponujące budynki należące do kopalni, stoją opuszczone. Sennym życiem tętnią tylko podupadłe, drewniane domy mieszkańców.
Problemy ekonomiczne wschodniego Kentucky to jedynie część układanki. Rodzina Cathryn, od której wynająłem pokój w Harlan, mieszka tam od pokoleń. Jej ojciec pracował całe życie w jednej kopalni, zabezpieczał w niej stropy. Gdy wracał do domu, dokuczał mu chroniczny ból pleców po spędzeniu całego dnia w wygiętej pozie.

- W Harlan wszyscy wychowujemy się w kulturze bólu – mówi mi Cathryn. - Twój dziadek wracał z pracy obolały i leczył się alkoholem. Twój ojciec wracał obolały i sięgał po coraz mocniejsze środki przeciwbólowe. W końcu łatwo dostępne stały się środki opioidowe, z czym mamy teraz ogromny problem. W Harlan odsetek osób uzależnionych jest wyjątkowo wysoki. Rosnące bezrobocie tylko ten kryzys pogłębia.


Skoro poza upadającymi kopalniami nie ma w okolicy pracy i nie ma co liczyć na rozwój turystyki w regionie, to dlaczego nie wyjechać? Cathryn odpowiada krótko: nie ma dokąd. Wielu mieszkańców Harlan nigdy nawet nie wyjechało poza granice hrabstwa, nie mówiąc o granicach stanu. Są zamknięci w surowym mikrokosmosie wśród wzgórz Kentucky.

Wydaje się to nie mieć sensu, zwłaszcza nam, Europejczykom. Na Starym Kontynencie ze sporą swobodą poruszamy się między krajami i kulturami. Wyjeżdżając z Harlan, zaczynam rozumieć. Czy pojedziemy kilka godzin na zachód do Lexington, czy na południe do Tennessee, czy na wschód do Wirginii – nic się nie zmieni. Krajobraz i problemy pozostają te same. Ile mil trzeba pokonać, zanim dojdzie się do wniosku, że lepiej zawrócić? Z tej perspektywy na wydumane wyglądają problemy dużych miast – walka o podniesienie płacy kobiet, nierówne traktowanie czarnej Ameryki, prawa osób LGBT czy nawet niejasne kontakty prezydenta z Rosją. Nie ma to żadnego przełożenia na życie mieszkańców Harlan.

Jedyna taka Ameryka
Ta izolacja w wielkim kraju jest czymś, co z polskiej perspektywy może być trudne do wyobrażenia. Stanowi jednak jedną z głównych przyczyn głębokich podziałów, o których coraz częściej czytamy w gazetach. W południowych stanach ten aspekt jest dodatkowo podlany historycznym dziedzictwem, które sprawia, że mieszkańcy są często w kontrze do północnej polityki Białego Domu. Są jednocześnie częścią Ameryki i jej najbardziej upartym wrogiem.


Najtrafniejszą metaforę tego stanu rzeczy można zobaczyć podczas wycieczki po Kapitolu w Waszyngtonie. Tam, w sali, przy której znajduje się biuro spikera Izby Reprezentantów, stoi kukułcze jajo. To ufundowany przez stan Mississippi pomnik prezydenta Konfederacji, Jeffersona Davisa (każdy stan ma prawo do jednego monumentu w tym miejscu i, mówiąc kolokwialnie, nikomu nic do tego). Po zakończeniu wojny secesyjnej Davis trafił do więzienia jako zdrajca i do końca życia odmawiał złożenia przysięgi wierności fladze, nigdy nie odnowił swojego obywatelstwa USA. Pozostał wrogiem Unii do końca życia. Dziś w Kapitolu przypomina wszystkim wokół o sobie, o Konfederacji, i o wszystkim tym, o czym bogata północ chciałaby zapomnieć, a biedne południe nie może.

Z kolei ja, gdy w końcu wyrwałem się z Harlan, czmychnąłem do miejsca, gdzie rzeką płynie whisky, a buty same tupią do rytmu muzyki country. Do jedynego miasta w promieniu 1000 km, które swoimi tylko sposobami uspokoi skołataną duszę każdego wędrowca: do Nashville. To jednak temat na inną historię…

Olympus

Udostępnij Tweetnij Wykop